wieza.org | Bagno | Baza gier | Planeta blogów | Muzyka | Autorskie | Studnia | Czat
Zaloguj się | Zarejestruj się

Arthorins: Głupiec nie pozostanie w piekle

wiadroawatar

Dość stare, kilka razy poprawiane opowiadanie. Czasy dzisiejsze (czyli dużo później, niż Bitwa o Norandir)

 

Akshe-Dhil, duże miasto na wschodzie Treemlandu. Spokojna letnia noc, chmury nie zasłaniały gwieździstego nieba. Srebrzysty księżyc w czwartej kwadrze oświetlał uliczki miasta. Spokojny nastrój panował także w jednej z karczem. „Pod Łbem Niedźwiedzim” to spory zajazd na uboczu miasta. Piętrowy budynek z bali, kryty strzechą, przybudowaną stajnią nie wyróżniał się zbytnio, wśród podobnej w konstrukcji i rozmiarach zabudowy mieszkalnej i rzemieślniczej. Otwierając drewniane, skrzypiące drzwi tawerny trafia się na ganek, a z niego na przepełnioną pomieszanymi zapachami dymu, mięsa i alkoholu salę. W pomieszczeniu tym stało równo piętnaście okrągłych stolików i jeden mebel, który jeszcze niedawno temu sprawiał, że w karczmie stało stolików szesnaście. Gawiedź w karczmie była senna, o ile nie śpiąca. Tu przy kominku elf przygrywał na lutni, a gnom pochłaniał mięso z talerza, nieco dalej krasnolud spał twarzą na trzonku topora, w rogu odpoczywał człowiek, a kolejny rozmawiał przy ladzie z barmanem..

 

-... i widzisz, i ja wtedy tego draba w pysk. Nie wiedziałem co robię, toć zawsze łeb mam na karku, ale tak to jest jak piwo jest zbyt tanie. No i jak ten mnie za ramię nie złapie, jak mną na ścianę nie rzuci! W łapie to on miał chyba tyle co niedźwiedź! No ale co, ja pijany, to i honor zachowam – łapię za krzesło i mu przez kark. Zatoczył się, to mu z buta poprawiłem. No miałem szczęście, że mnie wyprowadzili i że go więcej nie spotkałem...

-Oj miałeś, miałeś!

-No właśnie mówię... polej mi no tu jeszcze – wtrącił podstawiając kufel od piwa – bo widzisz Madonie, alkohol głupca z człowieka robi, a głupi ma szczęście... I dlatego piję...

-Tyś i bez piwska głupi Artolu – roześmiał się oberżysta

-A być może, ale przynajmniej szczęście mnie nie opuszcza

Konwersację przerwało skrzypienie drzwi i kroki właśnie chwiejnie wchodzącego, zakrwawionego człowieka w stroju ze skór zwierzęcych. Niewysoki mężczyzna podpierał się no nieokorowanym kiju. Jego długie ciemne włosy były całe w błocie i liściach, zaś przez wysokie czoło przechodziła głęboka rana, z której wyciekała na twarz krew

-Po...ppo...moccy! – wypowiedział niewyraźnie i z wielkim trudem nieszczęśnik, po czym padł, ale zachował przytomność

-Na bogów co się stało! – wykrzyknął Artol, który już zdążył dobiec do rannego

-Ooo...ork...kowie!

-Co? Co ty pleciesz? Jacy orkowie!?

-Ork...kowie zz z armii Roolvu, ssą w pob...bliż...żu miasta!

-Niech to szlag! Nie bredzisz?

-Nnn...nie! Rra...atujjj...cie się! – powiedział ostatnie słowa, po czym zakończył żywot

-Hej! Wstawaj! – krzyczał Artol, bijąc trupa po twarzy – Szybko! Po medyka! – krzyknął do najbliżej niego stojącego – elfa

-Ja jestem medykiem – odezwał się obudzony wrzaskami, śpiący dotąd w rogu człowiek, po czym doskoczył do denata, obejrzał i zawyrokował – Zbyt późno, nie żyje!

-Więc ratujmy chociaż siebie! – krzyknął gnom, po czym złapał za swoją torbę i wybiegł, jednak wrócił się po chwili – Mmmała poprawka: orkowie nie są w pobliżu miasta. Oni są w mieście!

-Idź do kuchni Artolu, za nią są drzwi do stajni. Osiodłajcie konie i uciekajcie do stolicy! – powiedział Madon, po czym wbiegł po schodach na piętro, budząc gości..

Artol pobiegł do stajni, za nim niziołek, medyk i elf prowadzący pijanego krasnoluda. Osiodłali wszystkie konie, gdyż nie wiedzieli ilu Madon ma gości. Elf wsiadł na konia, trzymając przed sobą krasnoluda, zaś medyk dzielił siodło z niziołkiem. Po chwili do stajni wszedł Madon, jego żona Hara, córka Ida oraz dwóch gości – gnom ubrany w szatę ziemistego koloru, z naszyjnikiem świadczącym o przynależności do gildii magów Bayham, oraz elf w ozdobnym, drogim ubraniu, z pierścieniem kupieckim na palcu. Madon otworzył wrota stajni, po czym wraz z żoną na jednym koniu wyjechał i skierował się w stronę zachodniej bramy. Za nim pojechał Artol, wiozący Idę, goście na oddzielnych koniach i dalej reszta. Wyjechali na ulice miasta, gdzie rozpętane już było piekło. Miasto stało w ogniu, orkowie mordowali uciekających ludzi a straż nieskutecznie próbowała odeprzeć atak. Madon skręcił w mniejszą uliczkę, jednak zawrócił się, ujrzawszy sporą grupę napastników. Pojechał dalej, wymijając leżące ciała. Ponownie skręcił w uliczkę, dojechał do głównego placu i znów skręcił w drogę prowadzącą do zachodniej bramy. Po drodze wyminął garnizonu miejski, gdzie gwardziści bronili się przed atakiem oddziału orków. Madon obejrzał się za siebie i zauważył, że elfi kupiec opuścił ich już parę zakrętów temu, a bard z krasnoludem trafili w ręce oprawców. Pognał konia, wyjechał przez bramę i strasznie się przeraził. Widok obozu setek orków rozbitego zaraz przy murach miejskich nie mógłby nie przerazić. Madon myślał teraz tylko o tym, aby uchronić przed strasznym losem swoją rodzinę. Jechał dalej omijając szerokim łukiem biegnących w jego stronę orków. Jeden zginął pod kopytami konia Artola, drugi w wyniku zderzenia z ognistą kulą maga, trzeci utracił głowę dla gnomowego miecza, a czwarty padł z sercem przebitym przez ten sam miecz. Dzielnie walczący mag, medyk i drugi gnom zniknęli Madonowi i Artolowi z oczu..

 

Madon i Artol popędzili konie, z żalem zostawiając towarzyszy na niemal pewną śmierć, lub dużo gorszą niewolę. Zostawili za sobą orków, którzy nigdy jak tej nocy nie wydawali się im tak przerażający. Zostawili miasto, będące ich historią. Zostawili w końcu karczmę, do której byli przywiązani tak Madon jako właściciel i tak samo Artol – stały jej bywalec. Nie myśleli jednak o tym, dopóki nie znaleźli się w bezpiecznej odległości. Wtedy Artol roześmiał się przez łzy

-Tak jak i szczęście, tak i humor cię Artolu w żadnej sytuacji nie opuszcza.

-Tak, tak. Ale widzisz Madonie, wychodzi na to, ze obaj jesteśmy głupi...